szukając natchnienia go nie znajduję, najchętniej zapisywałabym w notesiku ze złotą okładką wszystkie myśli - niekoniecznie złote - które mnie nachodzą w ciągu dnia. jak bardzo rozdygotana jestem w środku, jakie drobiazgi potrafią mnie wyprowadzić z równowagi. coraz częściej. zapominam o swojej własnej wartości, jakakolwiek ona by nie była. z jednej strony wyznaję zasadę, że każdy człowiek ma w posiadaniu skarb w postaci siebie samego, jednak siebie wyrzuciłabym na śmietnik i przysypała innymi odpadami. najlepiej tymi niesegregowalnymi, nie nadającymi się do ponownego przetworzenia. tak, by nikt mnie nie znalazł. a jeśli już tak by się stało, bym została zmielona na jednorodną masę i wyrzucona gdzieś w przestworza, zutylizowana w kosmosie, wtedy słuch by o mnie zaginął. być może to przemawia właśnie przeze mnie odrobina różowości wypita z kieliszka wraz z dzisiejszym, wyjątkowo chłodnym wrześniowym wieczorem, ale jednak czuję, że fatum wraca. znów trzeba odrzucić na bok własny ból istnienia, przerwać tak przecież ukochane użalanie się nad sobą, uwierzyć w niemożliwe, zmienić siebie. dlaczego nie jesteśmy sami sobie najlepszym motywatorem? kiedy samo"ocena" sięga dna... co należy z tym fantem zrobić? wydaje mi się, że jestem jedyną osobą na świecie, która nie wie, jak ma panować nad sobą samą. jak mam uwierzyć, że z moim ciałem i duchem powiązana jest niezmienna wartość, wysoka wartość, którą można prezentować innym? pokazywać, uświadamiać i udowadniać, innym i samej sobie, że... ale no właśnie, że co? bez sensu jest takie udowadnianie... nie wiadomo czego.