dziwny, bo smutno-krzepiący film. ale przyjemnie się ogląda. i słucha Pierwszej Damy Francji.
i tak mnie wzięło na wspomnienia i wspominki... kiedyś życie kręciło się dookoła mniejszych spraw. usilnych prób znajdowania szczęnięcych zauroczeń, przy okazji eksperymentowania z wytrzymałością własnego organizmu w warunkach silnie obciążających uszy i wątrobę... pff - "kiedyś". całkiem niedawno jeszcze. aż do pewnego czasu, kiedy nie wiadomo skąd, jak grom z jasnego nieba trafia cię coś, czego na samym początku nie umiesz nawet nazwać. wiesz jedynie, że to uzależnia, z każdym dniem chcesz więcej. i dostajesz. nie zauważasz tego, ale nagle zmieniasz się z biorcy w dawcę, bez większego wysiłku. dzień za dniem dajesz więcej, więcej, więcej i więcej, dochodzisz do wniosku, że dałeś już wszystko, by za chwilę znów przekroczyć tę granicę... i kiedy tak się "wymieniasz", myślisz sobie, że lepiej być nie może. że kiedyś to, co wydawało się być szczęściem, jest jedynie bladym jego odbiciem. czujesz, że się spełniasz, motyle wirują w twoim brzuchu i wystarczy jedno spojrzenie, przytulenie czy nawet kubek gorącej herbaty by zrozumieć, że może być lepiej - z każdym dniem, z każdą chwilą twoja dusza pnie się w górę i widzi coraz więcej, nie bojąc się upadku.
boję się pomyśleć, jak wyglądałoby moje życie bez niego.
nie chcę wiedzieć.
