czekałam na ten wieczór długo, bardzo długo. myślałam, że moja rodzina stanie na wysokości zadania, będzie nareszcie rodzinną, ciepłą i uśmiechniętą. niestety, jak to w życiu bywa, pełne jest ono rozczarowań. moje rozpoczęło się już parę dni temu, kiedy to byłam bombardowana poleceniami różnego typu, łącznie z tymi domyślnymi - jak nie zgadłam, o co chodzi, zaczynał się płacz i zgrzytanie zębów. byłam to w stanie jeszcze zrozumieć, wiadomo - stres robi swoje, ciasto nie wyrośnie, kapusta się przysmali a pieczeń wyjdzie za sucha. jednak dziś rozczarowanie zyskało miano gorzkiego - siedząc przez dwie godziny przy stole nie zamieniłam z nikim ani jednego zdania. no i dlaczego zostałam potraktowana jak pięcioletnie dziecko, któremu zabrania się czegoś zwyczajnie dla zasady? musiałam wysłuchać serii wyrzutów o tym, jak to nie jestem rodzinna i jedynych świąt w roku nie zamierzam spędzać z bliskimi, bo siedzę w swoim pokoju, zamknięta, wyizolowana, a za chwilę chcę wychodzić do innej rodziny i skorzystać z zaproszenia, które miało być czysto grzecznościowe - pomyślałam sobie - ok! przełknę dumę, nie powiem nic, nie odszczeknę, w końcu są święta, trzeba się postarać i zachować choć raz - gdy wyszłam ze swojego bunkra, przełykając resztki wściekłości i ocierając policzki zobaczyłam, że reszta domowników jest albo bezmyślnie wpatrzona w telewizor, albo... monitor, układając pasjansa. no bo przecież to jest zajęcie rodzinne.
z okazji tych, wyjątkowo bolesnych dla mnie w tym roku, pożal-się-Boże świąt - życzę wszystkim Wam, by już zawsze spędzać święta nie z rodziną, a z bliskimi. bo chyba tylko wtedy ze świąt robią się prawdziwe Święta.