gdzie się kończy przyzwoitość, gdzie zaczyna usprawiedliwione traktowanie jak powietrze, nie wie nikt. nawet myśli nie pomagają w żaden sposób tego segregować, wręcz przeciwnie - podsuwają scenariusze, których nie powstydziłby się nawet sam wąsaty Salvador. nadinterpretacje, niedociągnięcia, a czas tak naprawdę nie stoi w miejscu, proporcja się odwraca - minuta oddzielenia urasta po jakimś czasie do rangi tygodnia, z tygodnia rośnie miesiąc, z miesiąca - dwa, aż w końcu budzisz się i myślisz sobie, że już nie wiesz, gdzie się znajdujesz i co gorsza, gdzie ostatnio byłeś. zacierają się ramy czasu, zabliźnia się nawet najmocniejsza więź. trzymasz się kurczowo, rękoma, nogami, koniec końców i tak skończysz na końcu. prędzej, później, bardziej lub mniej boleśnie. góra, dół, często bywa tak, że blizna się odbliźnia i znów jesteś bliźnim; jednak wciąż pozostaje scenariusz 'człowiek człowiekowi wilkiem (...) lecz ty się nie daj spętlić'